Gitara na wolności | Kalejdoskop kulturalny regionu łódzkiego
Proszę określić gdzie leży problem:
Proszę wpisać wynik dodawania:
3 + 2 =
Link
Proszę wpisać wynik dodawania:
3 + 2 =

Gitara na wolności

„Marek Kądziela Jazz Ensemble” to album pochodzącego z Opoczna, a mieszkającego w Łodzi gitarzysty eksperymentatora. Tytuł sporo mówi, choć skojarzenia, które przywołuje, nie całkiem są zgodne z tym, co znajdujemy na płycie. To ważna cecha twórczości Marka Kądzieli: jego muzyka jest różnorodna, może sprawiać wrażenie eklektycznej (pod takim stwierdzeniem podpisuje się sam artysta), jednocześnie wymyka się schematom i nieustannie zaskakuje.
Tytuł zapowiada autorskie, może nieco narcystyczne podejście: to ja, moja muzyka i ja tu o wszystkim decyduję. W materiałach towarzyszących płycie Kądziela przyznaje, że projekt jest realizacją potrzeby indywidualnej wypowiedzi, że jest wyrazem czy wręcz manifestacją ambicji lidera jako gitarzysty. Nie mam jednak wrażenia, że wszystko jest tu podporządkowane jednemu instrumentowi. To dzieło zespołowe. Prezentująca się w różnych barwach i nietypowej stylistyce gitara elektryczna w dużej mierze tworzy klimat całości. Nie dominuje przy tym na tyle, by odsunąć w cień pozostałe instrumenty – perkusję Radosława Bolewskiego, kontrabas Pawła Puszczały, saksofon altowy Macieja Kądzieli i puzon Jacka Namysłowskiego – które mają szansę w pełni wybrzmieć i wspólnie z gitarą na równych prawach budować niepowtarzalny charakter tej muzyki.

Nazwałem Marka Kądzielę eksperymentatorem, bo z jednej strony angażuje się w różne ideowo i stylistycznie projekty, jak choćby Hunger Pangs czy Odpoczno (czyli jazz i twórcze interpretacje muzyki ludowej), a z drugiej – w sposób oryginalny traktuje gitarę, kształtując jej brzmienie za pomocą elektronicznych modulatorów oraz stosując nietypowe techniki gry. Jego partie gitarowe są zazwyczaj niepodobne do niczego, co moglibyśmy usłyszeć w muzyce głównego nurtu. Ta inność, skłonność do dysonansu, dźwiękowego chaosu, porzucania sztywnej formy momentami rodziła u mnie z tyłu głowy podejrzenie o muzyczną hochsztaplerkę, ale takie płyty jak „Odpoczno” czy „Marek Kądziela Jazz Ensemble” potwierdzają twórczą samoświadomość, konsekwencję w artystycznych poszukiwaniach, kompozytorską finezję oraz instrumentalną oryginalność twórcy.

Trzeba przyznać, że nie jest to muzyka łatwa i przyjemna, nie poprawia nastroju, więc nie spełni oczekiwań części słuchaczy. Potrzebuje skupienia i czujności. Te dźwięki przyciągają i odpychają, uwodzą i stawiają na baczność, jednocześnie podsuwając transowy puls. Takie granie wymaga instrumentalnej biegłości, muzycznej dojrzałości oraz bogatej wyobraźni. Współpracownicy Marka Kądzieli spełniają te warunki – wszyscy, wraz z nim, są wykładowcami Instytutu Instrumentalistyki Jazzowej Akademii Muzycznej w Łodzi. Mam wrażenie, że bez wysiłku radzą sobie ze złożoną strukturą kompozycyjną utworów i ze swobodą podchwytują wyrafinowane, nieoczywiste współbrzmienia i rytmy. To wszystko dobrze działa. Dlatego słuchacz nie musi być świadom konstrukcyjnych subtelności, na które nałożona jest improwizacja. Wystarczy poddać się dźwiękom.

Pierwszy utwór na płycie („Meanwhile”) jest emblematyczny dla całości. Zapowiada niemal wszystko, co znajdziemy później w różnych wariantach. To próba wytrzymałości słuchacza – trwający ponad minutę freejazzowy chaos, jazgot kolektywnej improwizacji poza strukturą rytmiczną, zapowiedź muzycznego temperamentu, który ukonstytuował tę płytę. „Brumiąca” i zwielokrotniona gitara, przetworzone elektronicznie, zapętlone, falujące odgłosy przelewają się w tle. Saksofon świdruje niczym syrena alarmowa, szaleje puzon. Swoje dokładają rozbiegane bębny i kontrabas. Z tego buzującego kotła stopniowo wyłania się porządkujący element – basowy groove wsparty przez bębny, wyczuwalny schemat rytmiczny. Dołącza gitara i budujące harmonię, dialogujące dęciaki. Wszystko układa się w rozciągnięty na kilka fraz temat z brudną, płynącą drugą gitarą. Stylistyka tego utworu przywołuje skojarzenia z bebopem lat 50. i 60. XX wieku, dokonaniami Johna Coltrane’a i Milesa Davisa. W Polsce grał tak Krzysztof Komeda ze swoim kwintetem, ze Zbigniewem Namysłowskim i Tomaszem Stańko. Marek Kądziela jest bardziej radykalny dzięki zastosowaniu przetworzonej gitary i freejazzowemu zacięciu. Jego improwizacja w pierwszym utworze na tym samym „zanieczyszczonym” brzmieniu prowadzona jest często dwu- i trójdźwiękami. Daje to oryginalny efekt. W tle (także podczas solówki saksofonu) wciąż słyszymy elektroniczne pulsacje, brzęczenia, pogłosowe ogony. W tym zamęcie, niczym wśród dźwiękowych fal, pojawia się i ginie fraza kontrabasu i perkusji.

Za to industrialne brzmienie, które nadaje charakter całemu albumowi, odpowiada gitara elektryczna. Taki jest właśnie styl gry i traktowanie dźwięku tego instrumentu przez Marka Kądzielę. Ów charakter współtworzy również zasada kompozycyjna utworów rozpiętych pomiędzy zaprojektowaną strukturą, akordami, tematami, metrum a freejazzową wolnością, uwalnianiem się z gorsetu reguł. To ciągłe balansowanie pomiędzy tymi dwoma stanami. Czasem wydaje się, jakby sekcja rytmiczna z jednej strony, a gitara z dęciakami z drugiej grały w innym pulsie, innym rytmie, jakby nakładały się na siebie dwie różne rzeczywistości („Gaade”). Bas i bębny grają gęsto, gitara kładzie przestrzenne, falujące dźwięki. Z tego wypływa łagodny niby-temat saksofonu i puzonu. Te trzy instrumenty trochę się rozjeżdżają rytmicznie. W harmonii sprawiają wrażenie, jakby były rozkalibrowane, nie składają się w gładkie, miłe dla ucha współbrzmienie. Oddalają się i zbliżają, jakby zapominały, że grają razem.

Sposób grania Marka Kądzieli – płynące, miękkie dźwięki z maksymalnie wydłużonym wibrato – czasem przypomina estetykę Billa Frisella, amerykańskiego wirtuoza gitary jazzowej. Najwyraźniej słychać to w utworze „Float Like A Feather”. Szybko jednak pojawiają się „zakłócenia”, kolejne składowe, zwielokrotnione dźwięki, syntetyczne brzmienia, niczym brzęczący w kablach prąd. To jak rozwijająca się w głąb elektroniczna symfonia. Podobnie dzieje się w utworze „Last Coffee at the Soyuz Spacecraft”, nagranym przez samego gitarzystę. Riff oparty na akordzie wykonywany jest w takim podziale, że trudno wyróżnić początek i koniec frazy. Na to nakładane są kolejne partie gitary, muzyczne plany zagęszczają się. Przybywa ozdobników, melodyjek w różnych rejestrach, aż w tyglu zaczyna się gotować z dodatkiem pogłosu, delaya i dużej dawki garażowego brudu. W finale króluje elektroniczna muzyka eksperymentalna w stylu noise, czyli coś, co przypomina zakłócenia podczas przewijania skali w analogowym radioodbiorniku.

Taka jest ta płyta – wszystko pulsuje, cały czas coś się zmienia. Nie ma oczywistych rozwiązań, a słuchacz wciąż jest zaskakiwany. Określenie „to efekt muzycznych poszukiwań” wydaje się nieco nadużywane, ale w wypadku „Marek Kądziela Jazz Ensemble” nie ma w nim żadnej przesady. W studiu spotkali się znakomici artyści. Warto się przekonać, co znaleźli.

Bogdan Sobieszek

Kategoria

Muzyka