Niech połączy nas dźwięk | Kalejdoskop kulturalny regionu łódzkiego
Proszę określić gdzie leży problem:
Proszę wpisać wynik dodawania:
2 + 1 =
Link
Proszę wpisać wynik dodawania:
2 + 1 =

Niech połączy nas dźwięk

Morświn

Soundedit to festiwal producentów muzycznych – mistrzów w swojej dziedzinie. Można było się więc spodziewać, że jakość koncertów również będzie mistrzowska, jeśli chodzi o wykonanie i brzmienie. Tak się jednak nie stało i dopiero występ Midge’a Ure’a na finał drugiego dnia festiwalu okazał się produkcją profesjonalną pod każdym względem.
Otwierający Soundedit projekt „L@ Woman Gra The Doors” (21 października) zapowiadał się bardzo ciekawie. Jak powiedział jego pomysłodawca Marcin Tercjak, nie sztuka zebrać grupę muzyków wirtuozów, którzy nuta w nutę odtworzą muzykę z legendarnego albumu sprzed 50 lat. Sztuką jest zagrać tę płytę na nowo, po swojemu. Święta racja i dlatego przedsięwzięcie to trudno mi uznać za udane. Grupa wykonawców pod wodzą Marcina Zabrodzkiego nie sprostała wyzwaniu. Zabrakło wyrazistej koncepcji aranżacyjnej, która byłaby oryginalna, a jednocześnie zachowałaby (szanowała) ducha muzyki The Doors – jej transowość, psychodelię, motoryczność, drapieżność, operowanie dynamiką (no i ten niepodrabialny głos Jima Morrisona). Niczego takiego nie czułem, muzyka nie niosła, choć grany był blues, zgodnie z zawartością oryginału. Miałem wrażenie, jakby „zagadnienie” puszczono na żywioł, a tymczasem na scenie nie pojawiła się chemia między muzykami. Nawet jeśli pierwsza dama polskiego bluesa sprzed lat Elżbieta Mielczarek, a zwłaszcza mistrz grania w stylu retro Tomasz Organek radzili sobie zupełnie nieźle, budując jakiś klimat swojego przekazu, nie udało się wykreować spójnej wypowiedzi niosącej emocje i wypływającej ze świata The Doors. Najbliżej ideału były wykonania Organka „L.A. Woman” oraz „Riders on the Storm”. Porażką okazała się „nowa” wersja utworu „L’America”, trudnego, z linią melodyczną balansującą na granicy dysonansu. Wykonanie bez udziału Mielczarek i Organka zostało całkowicie położone wokalnie przez Walusia i Jakuba Stankiewicza. Błędem okazało się niepowierzenie zadania odegrania płyty „L.A. Woman” markowemu zespołowi o ustalonej stylistyce, który mógłby to zrobić po swojemu (jak przed rokiem Voo Voo z płytą „Anawa”). W tej sytuacji bezpieczniej było jednak zagrać The Doors nuta w nutę.

Wieczór zakończył koncert legendy łódzkiej sceny muzycznej Jezabel Jazz w repertuarze sprzed 30 lat – gratka dla nieco już zaawansowanych wiekowo fanów zespołu. Słuchacze świetnie się bawili podczas tej sentymentalnej podróży do czasów młodości, choć basista Krzysztof Najman podkreślał, że koncert poprzedziło zaledwie kilka prób. Cóż to za problem dla świetnych, doświadczonych instrumentalistów występujących w trio z młodym perkusistą Adamem Najmanem, synem Krzysztofa  (radzi sobie równie dobrze). Mnie jednak to, co usłyszałem podczas Soundedit, nie przypadło do gustu. Postpunkowe, nowofalowe, noisowe granie to nie jest moja bajka. Przeszkadza mi jazgot, w którym ważniejsze jest, jak mi się zdaje, wyżycie się wykonawcy niż muzyczny przekaz. Gitarzysta Tomasz „Mechu” Wojciechowski (udzielający się w wielu łódzkich składach: Blitzkriegu, Moskwie, Hedone) od początku był sercem tego projektu. Jest świetnym instrumentalistą o wielkiej inwencji, wyobraźni i muzykalności. Cóż z tego, kiedy znakomite pomysły harmoniczne, oryginalne, porywające riffy giną w hałasie generowanym na scenie, „zagadane”, „zadeptane” przez rozkręcony do oporu instrument, który zagłusza nawet bas. Z drugiej strony może „Mechu” po prostu tak lubi. Jego prawo. Podczas tego koncertu sam siebie też musiał słabo słyszeć, bo wokal niemal od początku do końca był „obok”.

Dla Marka Almonda koncert na Soundedit był niezwykłym wydarzeniem. Zapowiadana rok temu druga wizyta wokalisty w Łodzi nie doszła do skutku z powodu pandemii (pierwszy raz był na Soundedit w 2013 roku). Byliśmy więc świadkami jego pierwszego publicznego występu od dwóch lat. Choć Almond uważany jest za jedną z najważniejszych postaci synth popu, new romantic i dance, pełnię swoich wokalnych możliwości pokazał na płytach z brawurowymi interpretacjami utworów Jacquesa Brela („Jacques”) czy popularnymi balladami rosyjskimi („Heart On Snow”). W nagraniach, ale i na żywo ujmuje emocjonalnością wykonania i głębią głosu. W sali Wytwórni zaprezentował repertuar w stylistyce poprockowych piosenek i ballad – w zespole towarzyszącym artyście dominowały fortepian, gitary elektryczna oraz akustyczna. Almond zaśpiewał swoje największe przeboje oraz utwory z ostatniej płyty, wydanej w styczniu 2020 roku. Okazało się, że lockdown nie przysłużył się formie muzyka – zapominał tekstu, czasami śpiewał nieczysto, przerwał utwór, twierdząc, że któryś z muzyków gra nie w tonacji. Zespół chyba również nie miał najlepszego dnia.

Dwuletniej przerwy w koncertowaniu nie odczuł za to Midge Ure, który dał w pełni profesjonalny występ bez słabszych momentów. Wokalista i gitarzysta, członek zespołu Ultravox pokazał klasę. Od pierwszych dźwięków czuło się siłę, pewność, precyzję. Wykonał największe przeboje, które znają chyba wszyscy urodzeni w latach 50., 60. i 70. XX wieku. Radził sobie ze śpiewaniem w wysokich rejestrach, choć od premiery tych utworów minęło parę dekad. Chórki śpiewane z basistą brzmiały czysto i wzbogacały harmonię kompozycji. Jako jedyny gitarzysta na scenie również się sprawdził – grał mocnym dźwiękiem, zdecydowanie i w punkt. To moim zdaniem jeden z najlepszych występów na tegorocznym Soundedit.

W sobotę festiwalowe sceny oddano we władanie młodym. Usłyszeliśmy zespoły stawiające pierwsze kroki na polskim rynku muzycznym, które zostały wytypowane przez dziennikarzy do koncertu pod hasłem „Spotlight Special”. Najciekawszy i najbardziej profesjonalny wydał mi się krakowski zespół Morświn, rekomendowany przez Jarka Szubrychta. W tym roku ukazała się „Rewolucjaaa” – debiutancka płyta grupy, ale jej członkowie sami w większości debiutantami nie są i wiele składów mają za sobą. Na Soundedit wystąpili w trio: Marcin Świetlicki (ur. 1961), basistka Małgorzata „Tekla” Tekiel (1972) oraz saksofonistka Paulina Owczarek (1985). W dość radykalnej improwizowanej propozycji Morświna urzekła mnie inwencja dźwiękowa, rytmiczna, odkrywanie nowych przestrzeni, drapieżność, ale też liryzm, spójność i artystyczna konsekwencja, wreszcie oryginalne zestawienie przetworzonego elektronicznie, zwielokrotnionego basu z saksofonem barytonowym. Pozostałe formacje, choć w niektórych przypadkach mają na koncie już trzy płyty, na scenie nie radziły sobie tak dobrze. Niemal wszystkim zdarzyło się przerwanie występu, bo coś poszło nie tak. Wrocławski Bluszcz, zaproszony przez Piotra Stelmacha, to ciekawa propozycja z nurtu electro, choć miałem wrażenie, że grają wciąż ten sam utwór. Sposób śpiewania i podejście do tekstów mocno skojarzyły mi się z Różami Europy (jednak wokalista Bluszcza powinien solidnie popracować nad dykcją). Podobnie monotonny i powtarzalny wydał mi się wokal w utworach Oxford Drama, również z Wrocławia (składy obu zespołów się przenikały). To właściwie duet poszerzony na potrzeby koncertu. Małgorzata Dryjańska, tworząca go wraz z Marcinem Mrówką, dysponuje ciekawym i mocnym głosem. Szkoda, że marnuje te możliwości, powielając schemat melodyczny, intonacyjny, tak samo rozkładając sylaby i akcenty we frazie. Ta maniera była dla mnie wręcz irytująca. Zupełnie nie po drodze było mi z warszawskim zespołem Blokowisko, chyba najsłabszym technicznie, wskazanym przez Jędrzeja Słodkowskiego. Grupa próbowała stworzyć psychodeliczny spektakl wypuszczany z laptopa i syntezatorów w klimacie przypominającym Aya RL z ponurych lat 80. Gitarzysta, mocując się z instrumentem, mruczał albo wykrzykiwał teksty o złym świecie i beznadziejnym życiu, ale to wszystko było mocno pozerskie i pozbawione frapującej treści. Na koniec zaprezentowała się Wolska, rekomendowana przez Agnieszkę Szydłowską. Dobrze zapowiadająca się młodziutka artystka, jeszcze bez dorobku płytowego, wystąpiła w repertuarze pop do własnej muzyki i niebanalnych tekstów. Nie wiem tylko, czy nieco pretensjonalnym szczebiotaniem pomiędzy utworami usiłowała pokryć tremę (twierdziła, że to jej pierwszy koncert), czy tak właśnie wyobraża sobie nawiązywanie kontaktu z publicznością.

Tego dnia na scenie pojawił się jeszcze rockowy weteran i estradowy wyjadacz Tomasz Lipiński, który postanowił podczas Soundedit zakończyć historię swoich publicznych występów muzycznych. I jak na weterana przystało, poradził sobie znakomicie. Usłyszeliśmy wielkie przeboje, włącznie z „Centralą” i „Mówię Ci że”, oraz piosenkę premierową. Jeśli nawet trudniejsze wokalnie miejsca upraszczał, to trzymał się tonacji. Lipiński imponował energią, a cały zespół – zgraniem. To był naprawdę dobry koncert.

Potem był już tylko Skalpel i niezwykłe produkcyjne wydarzenie „Planetarium Lema”. Słynny duet zaprosił gości – improwizatorów, specjalistów od „dziwnego” grania (Kubę Więcka, Piotra Orzechowskiego i Pawła Romańczuka) i tak powstała kosmiczna muzyka eksperymentalna. Otwarte, niekonwencjonalne struktury dźwiękowe i brzmienia, nieujęte w karby powtarzalnego rytmu, niczym fale narastały i cichły. Scena wraz z dziwacznym instrumentarium Romańczuka, projekcjami wideo oraz grą świateł stała się miejscem niezwykłego widowiska, którego centrum stanowił mocny, czysty dźwięk. Dzień i cały festiwal zakończył performens Lydii Lunch, amerykańskiej artystki, przedstawicielki nowojorskiego undergroundu lat 80. i 90., skandalistki i buntowniczki. Mocnym przeżyciem była dla mnie konfrontacja z mało znanym nurtem kultury amerykańskiej, jej szokującymi postawami i zaskakującą retoryką walki ze złem.

Aby tradycji stało się zadość, znowu muszę na koniec podkreślić, że Międzynarodowego Festiwalu Producentów Muzycznych Soundedit nie byłoby bez rozmów o produkcji, realizacji nagrań, bez rozważań na temat dźwięku. Od kilku edycji ten komponent festiwalu ma postać warsztatów prowadzonych przez polskich specjalistów z branży: teoretyków i praktyków. Na spotkaniach pojawia się sporo zainteresowanych – starych wyjadaczy i młodych producentów, rozpoczynających dopiero przygodę z dźwiękiem. Wśród wielu propozycji wybrałem omówienie starych i nowych problemów masteringu, prezentację nowego systemu nagłaśniania koncertów L-ISA dźwiękiem immersyjnym, pogadankę Michała Grymuzy na temat pracy producenta muzycznego i specyfiki branży oraz omówienie postprodukcji dźwięku w programach i filmach telewizyjnych. Były to spotkania bardzo pouczające nie tylko dla zawodowców.

Zdecydowanie mniejsze powodzenie miały panele dyskusyjne dotyczące branży muzycznej w Polsce, ale mam wrażenie, że wynikało to po części z niedostatecznej informacji, słabego rozreklamowania tych wydarzeń. Może nie nagłaśniano ich nadmiernie z powodu covidowych obostrzeń. Wszystkie warsztaty i panele były jednak rejestrowane i zostaną udostępnione  w streamingu. Miejmy nadzieję, że festiwal Soundedit nie zniknie z kalendarza łódzkich wydarzeń kulturalnych, a organizatorzy będą pracować nad różnorodnością i atrakcyjnością programu kolejnych edycji.

Tekst i zdjęcia: Bogdan Sobieszek

Kategoria

Muzyka