Wagnera kocham i rozumiem | Kalejdoskop kulturalny regionu łódzkiego
Proszę określić gdzie leży problem:
Proszę wpisać wynik dodawania:
4 + 9 =
Link
Proszę wpisać wynik dodawania:
4 + 9 =

Wagnera kocham i rozumiem

Fot. Materiały

Jest gwiazdą Opery Wiedeńskiej, występował w Carnegie Hall. W lipcu jako pierwszy Polak w jednej z głównych ról zaśpiewa na festiwalu wagnerowskim w Bayreuth, a w przyszłym roku zadebiutuje w Metropolitan Opera. TOMASZ KONIECZNY – łodzianin, rocznik 1972.
Magdalena Sasin: –Podobno od 10 lat otrzymywał pan propozycje z Bayreuth.

Tomasz Konieczny: – Tak, otrzymuję je, od kiedy 10 lat temu wziąłem udział w przesłuchaniach do Bayreuth. Zaproponowano mi niemal wszystkie ważne role wagnerowskie, z różnych względów ich nie przyjąłem. Mogłem na przykład wystąpić w „Holendrze Tułaczu” zamiast Evgenjey’ego Nikitina, któremu podziękowano kilka dni przed premierą z powodu jego nazistowskich tatuaży. Nie chciałem jednak pojawić się jako „skoczek”, osoba na zastępstwo. Z kolei dwa lata temu, by zagrać Wotana, musiałbym zrezygnować z roli Jupitera w „Miłości Danae” Richarda Straussa na Salzburger Festspiele. Propozycja, którą otrzymałem ostatnio, jest optymalna, choć Telramund w „Lohengrinie” nie jest moją najważniejszą partią wagnerowską – specjalizuję się w roli Wotana w „Pierścieniu Nibelunga”. Przyjęcie roli w Bayreuth to jak podpisanie cyrografu na trzy lata, bo przynajmniej tyle prezentowana jest jedna inscenizacja. Trzeba to brać pod uwagę. Muszę też zaznaczyć, że wcześniej w Bayreuth wystąpiły dwie polskie śpiewaczki: Maria Janowska i Bogda Sokorska, ale w epizodycznych rolach. Ja będę pierwszym Polakiem – protagonistą.

Jakie to uczucie, przygotowywać się do takiego występu? Towarzyszy panu trema, ekscytacja czy może rutyna?

– Partię Friedricha von Telramunda wykonuję od dwóch lat. Debiutowałem w niej w drezdeńskiej Semperoper i wówczas faktycznie miałem dużą tremę, zwłaszcza że przedstawienie było nagrywane. Był to spektakl pod dyrekcją Christiana Thielemanna, który poprowadzi również premierę w Bayreuth, a występowali ze mną Piotr Beczała i Anna Netrebko. Będzie to czwarta inscenizacja „Lohengrina”, w której biorę udział, więc trochę już okrzepłem. Jestem bardzo ciekaw teatru operowego w Bayreuth. Podobno dźwięk orkiestry rozchodzi się tam inaczej: najpierw słychać go na scenie, dopiero potem na sali. Wokaliści muszą więc śpiewać z pewnym opóźnieniem, „za ręką” dyrygenta, co jest bardzo trudne. Ciekawi mnie też panująca tam atmosfera. Niemcy przywiązują do tego festiwalu dużą wagę. Dla śpiewaka specjalizującego się w muzyce niemieckiej to ważny etap w życiu zawodowym – warto mieć w życiorysie występ w Bayreuth. Środowisko muzyków zajmujących się Wagnerem jest niewielkie. Są osoby, które wyszukują odpowiednie głosy, jeżdżąc na różne przedstawienia. Mnie też w pewnym momencie powiedziano, że powinienem się specjalizować w Wagnerze. Występ w Bayreuth jest naturalną konsekwencją tego, że osiąga się sukces w tych rolach. To rynek troszkę podobny do ligi sportowej.

Jakie cechy są potrzebne, by dobrze wykonywać partie Wagnerowskie, które uchodzą za wyjątkowo trudne?

– Niezbędna jest dobra kondycja, bo te opery są bardzo długie. Na scenie spędza się nie trzy godziny,  jak u Verdiego czy Pucciniego, ale pięć, sześć. Trzeba mieć odpowiedni tembr głosu. Orkiestracja u Wagnera jest gęsta, głos musi być więc duży i silny, by przebić się przez orkiestrę. Wreszcie, trzeba znać niemiecki. Są co prawda wagnerzyści, którzy nie posługują się tym językiem, a mimo to świetnie śpiewają Wagnera, jak Bryn Terfel, ale to wyjątki. Ogromna większość śpiewaków po niemiecku mówi i rozumie, wyrazistość słowa jest bowiem bardzo ważna. Wagner sam pisał teksty do swoich oper i są one ściśle zespolone z muzyką. I jeszcze warunek konieczny: tę muzykę trzeba kochać. Ludzie zwykle nie są wobec Wagnera obojętni – albo się go kocha, albo nie cierpi. Ja jestem zakochany w tej muzyce, dobrze ją czuję. Śpiewanie Wagnera to praca na całe życie – z każdym podejściem do danego utworu odkrywa się w nim coś nowego.

Co takiego w treści Wagnerowskich oper sprawia, że wciąż intrygują, nie tylko pod względem muzycznym?

– Żyjemy w czasach, w których często sięga się po wątki ze świata fantasy: elfy, hobbity i inne magiczne stworzenia. Powstaje na ten temat wiele filmów. Często wraca się też do pogańskich, przedchrześcijańskich wierzeń, a Wagner pełnymi garściami czerpał z mitów starogermańskich. Atutem tego, co stworzył, jest spójność: libretto jest kompatybilne z muzyką. Twórczość Wagnera wywarła znaczący wpływ na kulturę. Inspirował się nią na przykład Tolkien, pisząc „Hobbita” i „Władcę pierścieni”.

Pochodzi pan z Łodzi. Czy wciąż odczuwa pan silne związki z tym miastem?

– Tu się urodziłem, w Łodzi mieszka moja mama – w tym samym mieszkaniu na Retkini, w którym się wychowywałem. Mam tu mnóstwo znajomych. Tu chodziłem do szkoły podstawowej i do I LO im. Kopernika, z tego czasu mam duże grono przyjaciół. Łódź jest więc dla mnie wciąż ważna. W październiku w Filharmonii Łódzkiej z pianistą Lechem Napierałą wykonam „Podróż zimową” Franciszka Schuberta do poezji Stanisława Barańczaka. Jestem pewien, że na ten koncert przyjdą moi dawni znajomi. Latem ukaże się płyta z nagraniem tego utworu, a jej premiera odbędzie się na festiwalu „Chopin i jego Europa” 17 sierpnia w Warszawie.

Mimo częstszych ostatnio występów w Polsce wciąż, jak się wydaje, jest pan tu mniej znany niż za granicą.

– Faktycznie, w Austrii jestem bardziej popularny niż w Polsce. To sytuacja nieobca, niestety, wielu artystom, którzy zrobili karierę za granicą. Można nad tym ubolewać i „obrazić się” na swój kraj. Ja doszedłem jednak do wniosku, że na pewnym etapie życia człowiek sam musi zadbać o swoje związki z ojczyzną. Od dwóch lat konsekwentnie zabiegam o możliwości występu w Polsce i ostatnio mam tu sporo wywiadów i występów. Ale jest to inicjatywa bardziej moja niż mojego kraju. Zależy mi też na promocji muzyki niemieckiej w Polsce, traktuję to jak swoją misję. Marzyłbym, żeby wspaniałe przeżycia artystyczne, jakie są udziałem publiczności niemieckiej chociażby na „Pierścieniu Nibelunga”, były też dostępne w Polsce – w Łodzi czy Warszawie. To wymaga jednak spełnienia kilku warunków. Polskie instytucje artystyczne planują repertuar późno, z niewielkim wyprzedzeniem. Chcąc tu wystąpić, muszę „wyrywać” terminy ze swojego kalendarza koncertowego w ostatniej chwili. Coś w tej organizacji powinno się zmienić, byśmy nie byli czarną owcą na rynku kulturalnym. Dają sobie z tym radę i Bułgarzy, i Czesi, i Węgrzy, z którymi ostatnio chętnie się Polacy porównują.

Od 21 lat mieszka pan w Niemczech. Który kraj – Polska czy Niemcy – miał większy wpływ na pana osobowość artystyczną?

– Odczuwam silnie swoją polską tożsamość: moja żona jest Polką, dzieci doskonale mówią po polsku. Nie czuję się Niemcem, nigdy się nie starałem o niemieckie obywatelstwo. Natomiast artystycznie moja dusza ma swoją drugą ojczyznę: jest nią Wiedeń. Z Operą Wiedeńską jestem związany od 11 lat, ona mnie artystycznie ukształtowała i jest to najważniejszy dla mnie teatr operowy na świecie. W ubiegłym roku wręczono mi honorowe obywatelstwo austriackie, z czego jestem bardzo dumny. 

Publiczność niemiecka i austriacka patrzy na śpiewaka przez pryzmat jego narodowości, czy interesuje ją tylko jego artyzm?

– Tylko artyzm. Różnorodność narodowości artystów, ich tożsamości i światopoglądu to ogromny atut. Sztuka bez różnic światopoglądowych nie mogłaby istnieć. Niemcy, mimo swojego konserwatyzmu, zdają sobie z tego sprawę i są otwarci na inne kultury. W większości krajów wysoko rozwiniętych różnorodność światopoglądowa i kulturowa jest postrzegana jako czynnik rozwijający, nawet dla środowisk konserwatywnych. Ksenofobia i ograniczanie się do tzw. sztuki narodowej to błąd. Gdy Wagner pisał swoje dramaty, Niemcy były podzielone na wiele małych państewek i on, jako patriota, chciał je skonsolidować. W tej chwili jest to silny tożsamościowo kraj. Niemcy są dumni ze swojej narodowości. Są też niezwykle tolerancyjni i to ich rozwija.

Podobno nie od razu planował pan zawód śpiewaka. Marzył pan o reżyserii, a ukończył Wydział Aktorski Szkoły Filmowej w Łodzi. Jak to się stało, że jednak nie został pan aktorem?

– Marzyłem, by zostać reżyserem teatralnym. Byłem jednak zbyt młody – zdałem maturę w wieku 18 lat. Zdecydowałem się więc na studia aktorskie z myślą o tym, by po nich pójść na reżyserię. Moje życie potoczyło się jednak zupełnie inaczej. Przekonywano mnie, że mam talent wokalny i powinienem zostać śpiewakiem, ale nie chciałem rezygnować z wcześniejszych planów. By udowodnić sobie samemu, że nie nadaję się do tego zawodu, pojechałem na stypendium na studia wokalne do Hochschule für Musik w Dreźnie. Tam już po trzech miesiącach dostałem wiele propozycji. Zostałem zaangażowany do Opery w Lipsku do roli Kecala w „Sprzedanej narzeczonej” Smetany. Zacząłem więc rezygnować ze zdjęć próbnych i ról w filmach na rzecz śpiewania. 

Dlaczego postanowił pan kontynuować kształcenie i karierę akurat w Niemczech?

– Możliwości dla młodego śpiewaka są tam o wiele większe niż u nas. Działa sto teatrów operowych zatrudniających stałe zespoły i co roku potrzebne jest do nich grono nowych śpiewaków. Takiego luksusu nie ma w żadnym innym kraju, także niemieckojęzycznym. Adeptów śpiewu, z którymi mam okazję pracować w Akademii Operowej przy Operze Narodowej w Warszawie,  zachęcam do odważenia się i wyjechania do Niemiec.

Czy w operze wykorzystuje pan zdobyty na studiach warsztat aktorski i umiejętności reżyserskie?

– Wyreżyserowałem kilka spektakli, między innymi sztukę Corneilles’a „Cyd” w Teatrze Adekwatnym w Warszawie i jeden musical. Reżyseria zawsze mnie pociągała. Jako aktor debiutowałem w filmie Andrzeja Wajdy „Pierścionek z orłem w koronie”. Dzięki takiemu wykształceniu dysponuję szerszym spektrum środków wyrazu. Jeśli czegoś nie umiem, potrafię to wypracować do konkretnego spektaklu. Dokładnie analizuję, co jest napisane w tekście i porównuję to ze sferą muzyczną. Jestem w stanie nawet podszepnąć coś reżyserowi. Niektórym jest to troszkę nie w smak, ale wybitni zawsze uznają to za atut. Obecnie coraz mniej śpiewaków ogranicza się do troski o warstwę wokalną, większość osób chce zaistnieć na scenie także pod względem aktorskim.

W przyszłym roku czeka pana kolejne wielkie wydarzenie: pierwszy występ w nowojorskiej Metropolitan Opera.

– To bariera, która w świecie operowym jest postrzegana jako ostateczna. Być może to odrobinę przereklamowane. Ale niewątpliwie jest to miejsce, bez którego nie można mówić o prawdziwej karierze. Zaśpiewam Alberyka w „Złocie Renu” Wagnera.

Wykonuje pan także repertuar pieśniarski. To daje możliwość zetknięcia z poezją wysokiej klasy, jak w pieśniach Schuberta…

– Zawsze byłem oczytany w poezji, było to związane ze studiami aktorskimi. Także dążenie do zostania reżyserem wymaga czytania wielu dramatów. Z literaturą jestem zatem za pan brat. Pieśni rozwijają muzykalność i pewne techniki śpiewu, rzadko wykorzystywane w operze. Dzięki pracy nad pieśniami zmieniam na przykład sposób śpiewania monologu Wotana z II aktu „Walkirii” Wagnera: wprowadzam do niego więcej elementów parlando, typowych dla warsztatu pieśniarskiego. Odważa się na to niewielu wokalistów. Człowiek uczy się całe życie, moja muzykalność też się zmienia, zatem poszerzanie repertuaru jest dla mnie procesem edukacyjnym. Chętnie uczę się nowych rzeczy, każda nowa partia jest do tego okazją. Nagrywając pieśni Schuberta z tekstami Barańczaka, zrobiłem to w stylu z pogranicza piosenki aktorskiej i sztuki wokalnej. To też konsekwencja mojego doświadczenia aktorskiego, bo swego czasu często posługiwałem się formą piosenki aktorskiej. Powrót do tego daje ogromną frajdę.

Czy głos, jakim pan dysponuje – bas-baryton – pozwala wykonywać i partie basowe, i barytonowe?

– Z pewnymi ograniczeniami, ale tak. Śpiewanie co jakiś czas w rejestrze basowym jest dla mojego głosu odpoczynkiem, rozluźnieniem, staram się więc przeplatać partie wyższe – niższymi. Partia Telramunda, którą zaśpiewam w Bayreuth, ma charakter dramatyczny i wymaga śpiewania w wyższym zakresie skali, chętnie przyjąłem więc basową rolę króla Karola w operze „Fierrabras” Franciszka Schuberta, której premiera odbyła się w czerwcu w mediolańskim teatrze La Scala.

- - - 
Rozmowa ukazała się w numerze 7-8 / 2018 "Kalejdoskopu".

Kategoria

Muzyka