Portrety i pozy LEONA Niemczyka | Kalejdoskop kulturalny regionu łódzkiego
Proszę określić gdzie leży problem:
Proszę wpisać wynik dodawania:
8 + 4 =
Link
Proszę wpisać wynik dodawania:
8 + 4 =

Portrety i pozy LEONA Niemczyka

Leon Niemczyk z Antonim Szramem w Muzeum Kinematografii, 1995, fot. Jerzy Neugebauer

Galeria Opus otworzy 11 XII o godz. 19 wystawę poświęconą zmarłemu 17 lat temu Leonowi Niemczykowi z okazji stulecia jego urodzin. Znajdą się na niej fotografie aktora.
Mija sto lat od jego urodzin i trochę mniej, ale też niemało, bo siedemnaście, od śmierci. I jak każda gwiazda, zwłaszcza wielka, niekwestionowana gwiazda sceny i ekranu, został on - na wiele sposobów - uwieczniony dla potomnych. Pewnie też i dla siebie, dla zaspokojenia własnej próżności, pewnie z myślą o sympatykach. Pamiętam, z czasów kiedy go poznałem, nosił ze sobą plik niewielkich odbitek fotograficznych ze swoją podobizną, które podpisywał i rozdawał fanom, a zwłaszcza fankom. Pamiętam, bo to były odbitki portretów aktora, jakie w końcu lat osiemdziesiątych wykonał Tomasz Komorowski. Rzecz działa się w scenerii tylko co zrewitalizowanego poddasza w pałacu Scheiblera czyli Muzeum Kinematografii. Leon Niemczyk bardzo przywiązał się do wykonanych wówczas portretów, bo wielokrotnie prosił autora o wykonanie kolejnych dziesiątek, a może i setek odbitek. Ich autor, wówczas początkujący dokumentalista, a dziś nie tylko wybitny artysta fotograf i fotografik, autor i uczestnik wielu wystaw, ale też profesor Szkoły Filmowej, nauczyciel akademicki i wychowawca kolejnych pokoleń fotografów, wspomina, jak to z tamtymi zdjęciami było: „Co  jakiś czas zjawiał się u mnie Leon i zaczynał żartem, że chyba będzie musiał Ninie Andrycz domalować wąsy i rozdawać jej zdjęcia jako swoje, bo mu się już skończyła kolejna porcja odbitek. Więc je robiłem osobiście w ciemni, bo żyliśmy jeszcze przed cyfrową rewolucją. Miałem też to szczęście, że niemal do końca spotykałem się z nim. Ostatni raz pół roku przed jego śmiercią, w Nowogardzie na festiwalu Lato z Muzami. Widać było, że jest jak to się mówi cienki, ale nie zmienił się jego urok, wdzięk i tradycyjnie szarmancki stosunek do kobiet”.

Tak samo pamięta go inny mistrz obiektywu. Znany nie tylko na Wybrzeżu fotograf, niestrudzony kronikarz Festiwalu Filmowego w Gdyni, Andrzej Gojke, kilka razy uwiecznił Leona Niemczyka. Udało mu się to nawet podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, choć aktor niezbyt często w nim uczestniczył. Bo choć w ostatnich latach często i chętnie występował w polskich filmach, ale były to najczęściej epizody lub role drugoplanowe. A wśród nich prawdziwe perełki, jak te w "Księdze wielkich życzeń" Sławomira Kryńskiego (1997) lub w "Sztosie" Olafa Lubaszenki (1997). W pewnym sensie benefisem, mistrzowskim  popisem aktorskich umiejętności i możliwości stał się dla niego udział w filmie "Po sezonie" Janusza Majewskiego (2005). Rola napisana dla niego i pod niego: podstarzałego lowelasa, który mimo wieku nadal czaruje i uwodzi. I jest obiektem zainteresowania kobiet w różnym wieku. Przy czym ów bijący wprost z ekranu czar niekoniecznie musiał być efektem aktorskich umiejętności – można odnieść wrażenie, że Niemczyk zwyczajnie był taki jak w życiu. Fakt, że rzadko pojawiał się na gdyńskim festiwalu, nie oznacza, że nie znosił „prostego festiwalowego życia”. Uczestniczył chętnie w Festiwalu Dobrego Humoru w Gdańsku; w edycji w roku 2004 był jednym z jurorów, a dwa lata później, w czasie szóstej edycji, otrzymał specjalną nagrodę za rolę Japycza w serialu Ranczo. I to tamtego lata na kilku zdjęciach, jednych z ostatnich, uwiecznił go Andrzej Gojke.

Wśród artystów fotografii, którzy poświęcili Niemczykowi dużo uwagi, jest również Czesław Czapliński. Swoją wizytę u aktora opisał: „17 sierpnia 1993 r. odwiedziłem Leona Niemczyka w Łodzi. Muszę powiedzieć, że oprócz fantastycznej rozmowy i czasu z nim spędzonego, zdjęcia powstały sensacyjne. Niemczyk jako profesjonalista, precyzyjnie wiedział, że należy patrzeć intensywnie w obiektyw, aby mieć kontakt z oglądającym…”. Zdjęcia – wspaniałe czarno-białe portrety - są dostępne TUTAJ. Warto je obejrzeć, choćby dla porównania z innymi wizerunkami aktora, a na pewno dla przypomnienia.

Bywał Niemczyk uczestnikiem imprezy o niezobowiązującej nazwie Sopot Bimba Film, na którą co roku przyjeżdżał rezygnując z odbywającego się w tym samym czasie w Międzyzdrojach zlotu gwiazd. Gdzie zresztą też zostawił odcisk dłoni (w roku 2002). W rok po śmierci aktora organizatorzy Bimby przyznali mu nagrodę Parasolnika, którą odebrał jego przyjaciel reżyser Feridun Erol. A ponieważ Niemczyk nie opuścił żadnej Bimby, w pierwszym roku bez niego przygotowane zostały kartonowe sylwetki aktora naturalnej wielkości, symbolicznie znaczące jego obecność.

Najbardziej znany i popularny, wielokrotnie reprodukowany fotograficzny portret Leona Niemczyka jest dziełem Jerzego Neugebauera. W początkach lat sześćdziesiątych Niemczyk osiągnął apogeum swoich aktorskich dokonań. Jeden po drugim powstawały filmy, w których kreował główne albo pierwszoplanowe role: "Baza ludzi umarłych", "Pociąg", "Krzyżacy", "Nóż w wodzie", "Odwiedziny prezydenta". Na planie tego ostatniego spotkał Beatę Tyszkiewicz - swoją filmową żonę. Oboje zauroczyli Neugebauera, który pracował wprawdzie w łódzkiej WFF jako dźwiękowiec, ale nie rozstawał się z aparatem fotograficznym. Zrobił wspólny pozowany portret i kilka studyjnych, czarno-białych zdjęć Niemczykowi. Fotografował go zresztą jeszcze wielokrotnie, ale to wtedy wykonane zdjęcia świadczą o niezwykłym kunszcie fotografa. No i potwierdzają to, co wiadomo nie od dziś: Leon Niemczyk był nie tylko utalentowany, ale przede wszystkim fotogeniczny. Kamera go kochała, a on odwzajemniał to uczucie dając się fotografować, ale przede wszystkim, filmować. Bo to dla filmu zrezygnował z kariery teatralnej, gdzie też niemało osiągnął. W łódzkim Teatrze Powszechnym, któremu był wierny przez ćwierć wieku, zagrał wiele ról. Większość z nich – małych albo dużych – nie przeszło bez echa. Właściwie każde jego pojawienie się na scenie było odnotowywane przez recenzentów, nawet jeśli ograniczało się tylko do wymienienia jego nazwiska. Szczególniej dał się zauważyć w sztukach hiszpańskich. Lista jego kreacji zaczyna się Celestyną de Rojasa, (1956), kończy Alkadem z Zalamei Calderona (1973). A między nimi są role w sztukach Lope de Vegi ("Nauczyciel tańców", "Młyn", "Jaśnie pan nikt", "Pies ogrodnika") i F. G. Lorki ("Czarująca szewcowa"). A jeśli dodamy postać herszta Cyganów w filmie Hasa "Rękopis znaleziony w Saragossie" (1964) – możemy chyba mówić o aktorskiej specjalizacji.

Zapewne z takiej inspiracji narodził się więc jeszcze jeden portret Niemczyka. Na jubileuszowej wystawie artysty plastyka Stefana Justa w galerii BWA w Łodzi w 1976 można było zobaczyć portret aktora w hiszpańskim kostiumie. Ten portret miałem okazję oglądać potem w jego mieszkaniu, gdzie w połowie lat dziewięćdziesiątych przeprowadzałem wywiad opublikowany w książce przygotowanej przez Muzeum Kinematografii (1995) na benefis aktora. Z teatrem rozstał się, bo jak sam mówił: „Dla mnie najważniejszy jest film, bo z niego żyję i on stanowi moją bazę. Chcę być przyzwoitym aktorem filmowym, a nie zabieganym, zmęczonym wyrobnikiem teatralno-telewizyjno-filmowym”.

Leon Niemczyk urodził się 15 grudnia 1923 roku w Warszawie, zmarł 29 listopada 2006 roku w Łodzi. Spoczywa na Starym Cmentarzu, w części katolickiej.                                                       
               
Jego wykonane na przestrzeni wielu dekad fotograficzne portrety, te bardziej znane filmowe i te już powoli zapominane, teatralne, w wyborze oczywiście, można oglądać w Galerii Opus. Wystawa zatytułowana po prostu "LEON: prezentowana jest od 11 grudnia do 31 stycznia przyszłego roku.

Mieczysław Kuźmicki