Film | Kalejdoskop kulturalny regionu łódzkiego
FELIETON. Znowu Ginczanka. Izolda Kiec ułożyła i wspaniale opracowała w zasadzie wszystko, co po Zuzannie Ginczance zostało. Mamy monumentalny tom „Poezje zebrane” (1931-1944). Zachwyt i niedowierzanie: bo ile można napisać, zrozumieć, kiedy życie zostaje przerwane w wieku 27 lat? „Świat – gęstwa niepojęta i zlepek obrazków”, pisała w 1940 roku. I jeszcze, że „Przeszłość pełna wypadków jest nie do pojęcia”. Pisze Łukasz Maciejewski.
– Mam nadzieję, że aktorzy, pracując ze mną, poznali plan filmowy, na którym mogą czuć się swobodnie, bezpiecznie, jako współtwórcy. Szkoła jest ostra dla studentów, czasem po kilku latach zapominają, kim są jako ludzie, gubią się. Chciałam im pomóc się odnaleźć. Mam nadzieję, że się udało – mówi Kalina Alabrudzińska, autorka „Nic nie ginie”, filmu dyplomowego studentów Wydziału Aktorskiego Szkoły Filmowej w Łodzi, który 27 marca wchodzi na ekrany kin.
Wystawę lalek animacyjnych, wykonanych na potrzeby filmu w ramach specjalistycznego kursu „Sztuka tworzenia lalki”, można oglądać w Centrum Nauki i Techniki EC1 Łódź. Dwanaście osób w grupach dwuosobowych stworzyło sześć lalek w różnych technikach. Każda postać ma swoją osobowość i historię wymyśloną przez autorów. Są jak bohaterowie filmów, które nie powstaną.
FELIETON. Obce rzeczy wiedzieć, dobrze jest… – swoje obowiązek, jak to był napisał w „Encyklopedii staropolskiej” jej autor Zygmunt Gloger. Przypomniały mi się te słowa przy okazji jubileuszu 70-lecia Wytwórni Filmów Oświatowych. Pisze Mieczysław Kuźmicki.
RECENZJA. Debiut fabularny Kaliny Alabrudzińskiej „Nic nie ginie” jest jednocześnie dyplomem studentów Wydziału Aktorstwa Szkoły Filmowej w Łodzi. Sztuka więc w tym, żeby scenariusz stworzył możliwości pokazania się dużej grupie młodych ludzi oraz był na tyle swoisty, żeby zaowocował pełnokrwistym dziełem, nieobciążonym np. schematyzmem, umownością. Czy to się udało? „Nic nie ginie” w końcu marca wchodzi na ekrany kin.
FELIETON. Od awangardowych miejskich symfonii, przez film noir i włoski neorealizm, po autorskie dzieła z lat 60. i 70. takie jak „400 batów” Truffaut (1959), „Ulice nędzy” Scorsesego (1973) czy „Ziemia obiecana” Wajdy (1974), historia kina zawsze wiązała się z fascynacją miastem. Nic dziwnego, wielkomiejska cywilizacja rodziła się i rozwijała w tym samym czasie co kinematografia. Pisze Kevin Kołeczek. 
Film animowany Mariusza Wilczyńskiego „Zabij to i wyjedź z tego miasta” jako jedyny polski tytuł, zostanie zaprezentowany na 70. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie - Berlinale 2020 (20-27 lutego). Animacja pojawi się w nowej konkursowej sekcji Encounters.
RELACJA. Balu na dworcu w Koluszkach nigdy nie było. W 1989 roku niemal cały film Filipa Bajona nakręcono w studiu. Dworzec zbudowano z tektury. Nie dopisał też śnieg, który miał być jednym z najważniejszych elementów budujących klimat tej produkcji. Mimo przeciwności losu, „Bal na dworcu w Koluszkach” stał się filmem kultowym, a gmina Koluszki 13 lutego wyprawiła mu huczne trzydziestolecie premiery. Oczywiście na dworcu. Pisze Paulina Ilska 
Niedawno do Łodzi przyjechała Lorena Bordigoni, badaczka historii filmu argentyńskiego, zajmująca się również ochroną i konserwacją taśmy filmowej. Od kilku lat po całym świecie szukała pewnych archiwalnych materiałów filmowych. Znalazła je w Narodowym Centrum Kultury Filmowej.
FELIETON. Z końcem grudnia 2019 roku Transatlantyk odpłynął do Katowic. Wielu łodzian odetchnęło z ulgą. Skoro przeszczep się nie przyjął, poddano go łatwej resekcji. Bezgłośnie więc zniknął kłujący w oczy festiwal mniejszych bądź większych wpadek, na którym można było obejrzeć – bagatela – kilkadziesiąt premier filmowych z całego świata, natknąć się na gwiazdę i najeść do syta. Pisze Rafał Syska.
  • Uwaga! Z powodu zagrożenia koronawirusem wydarzenia mogą być odwoływane. Proszę potwierdzać informacje u organizatorów.