Dekameron 2020: Laureaci (9) "Jabłko" | Kalejdoskop kulturalny regionu łódzkiego
Proszę określić gdzie leży problem:
Proszę wpisać wynik dodawania:
6 + 5 =
Link
Proszę wpisać wynik dodawania:
6 + 5 =

Dekameron 2020: Laureaci (9) "Jabłko"

Grafika: materiały prasowe

OPOWIADANIE. Publikujemy opowiadania laureatów trzeciego tygodnia trwania konkursu Dekameron 2020, który organizuje Dom Literatury w Łodzi, a współorganizuje i patronuje mu "Kalejdoskop". Monika Gurak za opowiadanie "Jabłko"  otrzymała II nagrodę. 
Monika Gurak
"Jabłko" 


Jabłko było nieopisywalne, to znaczy – prawdziwe. Nie było okrągłe, nieposłuszne szorstkie wybrzuszenia zaprzeczały idei kuli z taką samą nieprzebłaganą złośliwością, jak nieszczęsne spłaszczone bieguny Ziemi. Nie dało się też określić jego barwy żadnym, nawet złożonym z kilku przymiotników opisem. Tak, było czerwono-żółto-zielonkawe, ale jego czerwień nie przywodziła na myśl lakieru do paznokci, jak ta z broszurek reklamowych, tych droższych, drukowanych na kredowym papierze, była to brudna czerwień z tanich plakatówek niezręcznego dziecka, które utaplało wcześniej pędzel w brązie, zieleni i fiolecie. Żółć nie była ani słoneczna, ani cytrynowa, ani miodowa, nieprzydatne pozostawały wszystkie określenia najbogatszego katalogu kolorów, wspomagającego się rzeczywistością, by uzasadnić jakoś swoją egzystencję. Opis tracił swoje uzasadnienie, bowiem nie była tu możliwa żadna kategoryzacja, żadne porównanie. Jabłko było żółte kolorem skórki, która oddała swoją świeżą zieleń słońcu w zamian za żółte zmęczenie, które złagodziło cierpkość białego, chrupkiego miąższu.

Jabłko wisiało na gałęzi.

W ciepłym lipcowym powietrzu, drżącym od gromadzonego od wielu dni gorąca, pyłu i znużenia, wydawało się jedynym obiektem przekonanym o słuszności i powadze swojej egzystencji. W tej naiwnej wierze przypominało dzieci – równie żarliwie nieświadome przemijania i równie kruche, bezbronne i podatne na zniszczenie. Jabłka i dzieci łączy jasna granica pomiędzy tymi dwoma stanami, stanem rozpaczy i nadziei, która wydaje się pewnością. Dziecko nie może być radosne, kiedy płacze, i nie martwi się, jeśli się uśmiecha. Gnijące jabłko spada na ziemię. Jabłko, które gnije, spada z gałęzi, zostawiając resztę owoców w niezmąconej wierze we własną nieprzemijalność.

Jabłka powoli, po kolei, opadały na ziemię. Kiedy na drzewie zostało już tylko jedno, samotne, na wyjątkowo cienkiej gałęzi, mocno przyrumienione po jednej stronie, pomyślał, że jest coś tragicznego w tym, że nie ma ono nikogo do pozostawienia w sztafecie pokoleń, w sztafecie niegasnącej wiary w niezniszczalność swojego owocnego rodzaju; pomyślał, że jabłka, które spadały jako pierwsze, były szczęśliwsze, patrzyły z ziemi, gorzkiego gruntu poznania, na niezniszczalność młodości - bo ona rzeczywiście była niezniszczalna, żadne dojrzałe, zdrowe jabłko nie spadło na ziemię – spadały tylko te zgniłe, pomarszczone, przedatowane w bezlitosnym cyklu przyrody. Zawiał mocniej wiatr, ostatnie samotne jabłko, z dumą prezentujące swoją czerwień, nieświadome, że jest ona zwiastunem upadku, że czerwień od brązu dzieli tylko kilka odcieni, zachwiało się niebezpiecznie. Odczuł napięcie w całym ciele, wstrzymał oddech, jak wtedy, gdy, oglądając wojenny film, widzi się cywilów stawianych pod ścianę, z rękoma uniesionymi nad głową.  Wtedy się obudził.

Potarł oczy, obrazy snu i jawy jeszcze przeskakiwały w jego głowie, jak gdyby nie mógł zdecydować się, co oglądać, nieusatysfakcjonowany żadnym kanałem, który wyczarowywały cyferki na pilocie.

W końcu wybrał to, co każdy rozsądny, dorosły mężczyzna w jego wieku: otworzył oczy na dobre dopiero, kiedy budzik oznajmił irytująco beztrosko, że nastał nowy dzień. Otworzył je na wszelki wypadek. Oczywiście, budzik mógł być tylko wymysłem jego zbyt ambitnej wczorajszej wersji, która nie chciała marnować zbyt wiele dnia jutrzejszego, który, na nieszczęście, stał się dniem dzisiejszym. Mógł też jednak oznaczać coś gorszego, zobowiązania, spotkania, terminy.

Usiadł na pościeli.

Na stole leżał owoc, z takim trudem zdobyty w odwiecznym polowaniu na żywność. O tak, wysiłek ten niewątpliwie zmienił swój smak, koloryt i zapach. Ostry, zmieszany z wonią wilgotnej ziemi zapach potu został zastąpiony przez inny, ten duszący, trudno wyczuwalny zapach irytacji, długo niewietrzonego pokoju i elektronicznych wyziewów laptopa, zapach irytujący niczym sweter z gryzącej wełny, jak uciążliwe cichutkie głuche dudnienie w czaszce – zbyt błahe, żeby zrobić coś, by je usunąć, zbyt nieprzyjemne, żeby uśmiechnąć się bez przymusu.

Owoc został wyklikany, wywalczony w plątaninie internetowej biurokracji, tym gorszej, że od kiedy spierało się z robotami, walka ta nie dostarczała prawie żadnych anegdot ani nie zostawiała pola na negocjacje. Panie w okienkach miewały lepsze i gorsze dni, niektóre były podatne na komplementy, inne na uśmiech, jeszcze inne tylko na zimną wyższość i lekceważenie. Puste okienka w formularzach nie były tak wzruszająco różnorodne. Komunikat o niepoprawnym haśle był za każdym razem taki sam. Nawet nie zmieniał koloru, choć wszystko wokół niego, niezliczone ramki proponujące coraz to nowe i coraz mniej potrzebne rzeczy (podobno zgodne z jego preferencjami), migotały całą tęczą kolorów i możliwości.

Hasło zmienił, zamówił jabłka, pierwsze z brzegu, nie dał się wciągnąć w festiwal porównywania ofert: cen, kraju pochodzenia, odmiany, wielkości, koloru i zapachu (nawet tego można spróbować się domyślić ze zdjęcia). I tak zawsze był zdziwiony tym, jakie były naprawdę, jeśli próbował wcześniej stworzyć sobie w głowie ich wyobrażenie. Wolał więc inną wersję, jakby poprosił kogoś: kup jabłka, ten poszedł na targ, powiedział: poproszę jabłka, przyniósł i rzekł: proszę (bywało tak kiedyś, pamiętał, chodził na targ jako chłopiec i nigdy nie rozumiał, czym w ogóle różnią się jabłka w tych oddzielnych skrzynkach, uważał całą tę sprawę z odmianami za babskie wydziwianie, ale nigdy tego nie powiedział, po co). Wpisywał więc w okienko z lupą: jabłka, klikał: dodaj do koszyka i akceptował domyślną wagę.

Nie mógł sobie przypomnieć, czemu wczoraj nie zjadł tego jabłka. Przecież przyniósł je nawet specjalnie z kuchni do pokoju, w ramach walki z podjadaniem czekoladek podczas wstukiwania w Excelu kolejnych liczb. Chyba oznaczały, że nadchodził kryzys, że już nadszedł, ale przestał się nad tym zastanawiać; póki wpisywał kolejne liczy w kolejne komórki, miał pracę; jeśli ten monotonny szyfr oznaczał, że wkrótce ją straci, pomyśli o tym potem. Chciał, żeby wyglądało to na stoicyzm, bo wszystko jest lepsze od zwykłego, upadlającego strachu straty, która nie od nas zależy.

Nie mógł nic zarzucić temu jabłku, było zapakowane w oddzielną folijkę i miało na sobie nalepkę; ze wszystkich sił starano się udowodnić mu, że to dobre, bezpieczne jabłko, warte pieniędzy, które na nie wydał, i warte ponownego zakupu. Następnym razem i tak wybierze pierwszą pojawiającą się ofertę, nie musieli się tak dla niego starać. Jest klientem straconym, nie do pozyskania, nie do usidlenia, można na niego liczyć jedynie w kategoriach ślepego łutu szczęścia, miłego dodatku.

W zamyśleniu potarł powierzchnię owocu, twarda, jakby pokryta woskiem skórka lekko zaskrzypiała, a może tylko tak mu się wydawało. Przez krótki moment przed oczami stanął mu senny obraz i nagle zrozumiał: to jabłko, tak jak wszystko wokół niego, nie było prawdziwe, było tylko przedłużeniem wirtualnego świata, który od dwóch miesięcy uparł się grać rolę rzeczywistości, przebrał się za życie, głosząc, że zastąpi wszystko i wszystkich jednocześnie: kino, teatr, dziewczynę, kościół, park, przyjaciela, książkę, matkę, ojca, i, rzecz jasna, Boga, na wypadek gdyby ktoś wciąż go potrzebował.

Zamknął oczy, z rozmysłem przywołał obrazy ze snu, uderzyło w niego silne pragnienie zapachu, smaku i koloru, tak obezwładniające, że zakręciło mu się w głowie; zabolała go fizycznie obecna namiastkowość istnienia, przeczekiwanie egzystencji w nadziei na – no właśnie, na co. Na zgrzane, popołudniowe lipcowe powietrze, pachnące kurzem i zmęczeniem? Tak, chyba tak. Na to też.

W szufladzie miał stare plakatówki, kupił je, kiedy odwiedziła go siostra z dziećmi, cieszył się, widząc, jak przechylały głowy i wyciągały języki w zapamiętałym, pięcioletnim szale tworzenia. Zapomniały ich zabrać do domu i farby zostały u niego, czekając na kolejną wizytę. Kolejnej wizyty już nie było.

Wyjął z drukarki kartkę papieru.

Papier ksero nie nadaje się do malowania, jest zbyt gładki i cienki, szybko marszczy się pod wpływem wody. Ale jemu się to podobało, specjalnie nabrał dużo wody i farby, tarł pędzlem śliską powierzchnię, aż oddzieliły się grudki.

Czerwień jabłka nie była czerwienią przywodzącą na myśl lakier do paznokci, z broszurek drukowanych na kredowym papierze. Była czerwienią starej, dziecięcej farby plakatowej, której brudne pędzle nadały nieodgadniony, zgniły odcień: zwiastun przyszłego upadku i teraźniejszej prawdziwości istnienia.
Postawił obrazek na klawiaturze laptopa, tak, że zakrył cały ekran. Uśmiechnął się.

Wziął jabłko do ręki i ugryzł je szybko, jakby bał się rozmyślić. Lepki, słodki sok spłynął mu po dłoni.
Dom Literatury

Kategoria

Literatura

Adres

Łódź, ul. Roosevelta 17

Kontakt

tel. 42 636 68 38, 42 636 06 19
e-mail: kontakt@dom-literatury.pl