„Dom dobry” to najchętniej oglądany polski film w kinach w 2025 roku. Wojciech Smarzowski od lat z różnych perspektyw przygląda się kondycji polskiego społeczeństwa, obnażając jego najczarniejsze strony. Tym razem opowiada historię Gośki, która szukając miłości, staje się ofiarą przemocy, na którą nikt nie potrafi właściwie i na czas zareagować. Rozmawiamy z odtwórcami głównych ról: Agatą Turkot i Tomaszem Schuchardtem. – Pochodzę z miejscowości, gdzie w wielu domach, u sąsiadów, była przemoc, więc byłem też obserwatorem. Podczas przygotowań do filmu nie spotykałem się z oprawcami – po pierwsze wątpię, żeby któryś chciał ze mną porozmawiać, a po drugie w ogóle mnie nie interesuje ten typ człowieka. Jestem aktorem, mogę to zagrać – mówi Tomasz Schuchardt.
– O tym, czy nuta jest fałszywa, czy nie, decyduje to, co się zagra po niej. Nawet błąd można potraktować jako napięcie emocjonalne. Tak często rodzi się ciekawa improwizacja – mówi ADAM MAKOWICZ, wybitny pianista jazzowy, który w tym roku obchodzi 85. urodziny. W grudniu wystąpił z Orkiestrą Kameralną Primuz podczas 13. AŻ Festiwalu Akademii Muzycznej w Łodzi.
– Dzisiaj można walczyć o słuchaczy za pomocą internetu i tak robię. Mówienie o sobie na co dzień, chwalenie się to jedyna droga dotarcia do ludzi. Ta sytuacja jest dla mnie dziwna, ale muszę w tym funkcjonować, bo inaczej nikt nie będzie słuchał mojej muzyki – mówi łódzki gitarzysta TOMASZ „MECHU” WOJCIECHOWSKI, który niedawno, w wieku 60 lat, wydał swoją debiutancką solową płytę, a jest kojarzony z takimi łódzkimi składami, jak Blitzkrieg, Jezabel Jazz, Moskwa czy Hedone.
Wirtualne życie, cudze uczucia, przeżycia wyłożone w krótkich komunikatach składają się na wyidealizowany, fałszywy obraz rzeczywistości. Mimowolnie porównujemy się z tym, jak inni mają fajnie, i czujemy się gorsi. Depresyjny charakter mediów społecznościowych, fale hejtu i agresywnych wzmożeń zatruwają zwłaszcza młode pokolenia. Na szczęście dobra literatura działa inaczej, choć równie często posługuje się fikcją. Książka jest przecież świadomą kreacją – autor nadaje jej formę, konstruuje bohatera, fabułę, kształtuje język, określa przebieg czasu. Czytelnik natomiast wędruje poprzez świat opowieści, współtworząc ją w wyobraźni. Doświadcza realnych przeżyć, które rozwijają osobowość, wzbogacają duchowo. Czy głęboko humanistyczna treść przetrwa w konfrontacji z bezdusznym kontentem, w coraz większym stopniu generowanym przez sztuczną inteligencję?
Gdy w ankiecie z 2024 roku zapytano mieszkańców Opoczna, z czym kojarzy im się ich miasto – na drugim miejscu, zaraz po płytkach, wskazali pomnik Pegaza stojący obok Miejskiego Domu Kultury im. Tadeusza Sygietyńskiego. Opoczyński skrzydlaty koń od lat jest punktem orientacyjnym, obiektem, przy którym fotografują się wycieczki i oficjalne delegacje.
Co widzimy, w jaki sposób widzimy – czy też jak postrzegamy – w zależności od warunków, możliwości, intencji, w miarę upływu czasu, pojawiania się nowej wiedzy, nowych technologii i zmieniającej się ludzkiej mentalności… To wszystko jest tematem nowej stałej ekspozycji kolekcji Muzeum Sztuki, otwartej 17 października.
Wydarzenie to przeszło nie tylko do historii działań artystycznych. Stało się impulsem do różnych wykluczających się wzajemnie rozważań społecznych, choć ówczesne środowisko kultury nie bardzo wiedziało, jak ma na nie zareagować. Pierwszego maja 1974 roku Jerzy Treliński, adiunkt Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, podczas rutynowego pochodu celebrowanego co roku w PRL-owskiej, szaro-burej rzeczywistości, zrobił coś, co wprawiło w zaskoczenie mieszkańców Łodzi. Poruszając się ulicą Piotrkowską w obowiązkowej uczelnianej kolumnie, Treliński wybiegł do przodu i energicznym ruchem rozsunął transparent, na którym dziewięć dużych blokowych liter złożyło się na słowo TRELIŃSKI.
To była stolica polskiej kinematografii, kiedyś. 10 lat temu pojawiła się tu nowa nadzieja – w Łodzi rozpoczęto tworzenie Narodowego Centrum Kultury Filmowej według wielkiej wizji i śmiałych planów. Miał powstać konglomerat instytucji i inicjatyw filmowych nieporównywalny z czymkolwiek w tej części Europy. Dziś NCKF wciąż się tworzy. Udostępniono dwie wystawy, pięć pracowni dydaktycznych i trzy sale kinowe, ale skala działania Centrum nie wykracza daleko poza miarę lokalnego domu kultury. Czy tak kończą się marzenia o wielkiej Łodzi filmowej?
Zagadką pozostaje dla mnie, co dzieła sztuki mówią o swoich twórcach i na ile odsłaniają ich prawdziwą naturę, a w jakim stopniu są oderwaną od konkretnego człowieka kreacją? Czy np. malarz jest jak aktor, który na scenie zmienia się w kogoś tak złego, że chce się od niego uciekać, a poza nią, kiedy założy z powrotem swoje ubranie i zmyje makijaż, jest dobry jak chleb? Czy oglądając płótna zamalowane farbami można sporządzić „portret pamięciowy” artysty? Powiedzieć, kim jest, opisać go jako osobę, odgadnąć cechy jego charakteru, odtworzyć losy, odgadnąć styl życia?
W dzień koncertu dyrygent Robert Ames wszedł na scenę, powiedział, że się cieszy ze współpracy, i bez zbędnego gadania zaczęli. Nie było czasu, musieli przegrać cały program – 16 utworów. Ames chciał sprawdzić, czy grają jak trzeba, czy wszystko się zgadza. Na drugą próbę przyszedł zespół. Dyrygent powiedział: „Proszę państwa, Sigur Rós!” (oklaski). I zaczęli grać.

