Depresja, AI w codziennym życiu czy aborcja jako problem – to tylko część tematów poruszonych w ramach Festiwalu „zaVRoty” – pierwszego festiwalu wirtualnej rzeczywistości w Łodzi, który przez pięć weekendów na przełomie stycznia i lutego gościł w EC1. Jego nadrzędnym celem jest pokazanie, że VR to nie tylko gry czy filmy 360 stopni, ale różnorodne gatunkowo opowieści i doświadczenia dotykające najważniejszych, aktualnych i społecznych kwestii. – Festiwal „zaVRoty” zrodził się z mojej fascynacji możliwościami technologii rzeczywistości wirtualnej. Ta fascynacja przypomina dziecięcy zachwyt: szczery, chwilami może (jeszcze) naiwny, ale zawsze pełen pytań i ciekawości nowego – mówi kuratorka festiwalu, dr Agnieszka Przybyszewska, badaczka narracji immersyjnych z Uniwersytetu Łódzkiego.
– Widzę Narodowe Centrum Kultury Filmowej jako instytucję o oddziaływaniu co najmniej ogólnopolskim. Powinna wchodzić w relacje i projekty międzynarodowe. Jej zadanie to upowszechnianie wiedzy o polskim kinie. Taki wizerunek Centrum chciałabym zbudować – mówi Monika Głowacka, menedżerka kultury, szefowa NCKF. – Koncepcje NCKF przygotowane przez Rafała Syskę były bardzo dobre merytorycznie: podział na trzy ścieżki edukacyjne, wpisanie ich w trudną architekturę budynku EC1 Wschód. Ale ambitne plany spotkały się z trudną rzeczywistością. Procesy inwestycyjne długo trwały, procedury związane z zamówieniami publicznymi są skomplikowane, dlatego terminy się poprzesuwały. Przyjmuję, że to był pierwszy etap „budowania” instytucji, a teraz przyszedł czas na dokończenie tego, czego jeszcze brakuje. Powstały dwie wystawy na wysokim poziomie. Mam nadzieję, że w czasie mojej kadencji uda nam się udostępnić trzecią wystawę stałą „Mechaniczne oko”, pozyskamy środki i uruchomimy bibliotekę filmową, rozpoczniemy budowę założeń dla programu edukacyjno-wystawienniczego, który później będziemy już tylko rozwijać.
– Festiwalu o takim formacie jak łódzkie biennale nie ma nigdzie indziej. Dzięki niemu co dwa lata Łódź staje się centrum polskiego i europejskiego tańca – mówi choreograf Jacek Przybyłowicz, kurator Łódzkich Spotkań Baletowych, których 28. edycja rozpocznie się 11 kwietnia w Teatrze Wielkim. – Staramy się, aby taniec w symboliczny sposób komentował rzeczywistość, pozwalał na przeżycie i wzruszenie. Odwołujemy się do wrażliwości widza i chcemy go motywować do indywidualnego sposobu interpretacji tego, co dzieje się na scenie. Bo każdy ma swoją własną, niepowtarzalną wrażliwość. Nie jestem przekonany, że taniec jest głównie po to, żeby go rozumieć. Taniec jest po to, żeby go odczuwać. Niezwykła wartość powstaje wtedy, gdy wrażliwość artysty i odbiorcy spotykają się na tym samym poziomie.
Obiektów sztuki i towarzyszących im archiwów powstaje tak wiele, że nie sposób ich wszystkich zagospodarować: skatalogować, opracować, pokazać, zapamiętać. Mało tego, nawet nie ma gdzie ich przechowywać. Z tym problemem borykają się choćby bliscy zmarłych twórców, nawet tych znanych – co zrobić z ich spuścizną, gdy trzeba zlikwidować pracownię? Żadne muzea, choć przeżywają dziś renesans – i zarazem turystyczny boom – nie są w stanie pomieścić wszystkiego. Komercyjny obieg sztuki także nie załatwia sprawy. Co zatem czynić z nadmiarem sztuki?
Wojenne zawieruchy, zabory i kasaty zakonów sprawiły, że zgromadzone przez nie biblioteczne zbiory rozproszono po innych klasztorach, seminariach duchownych, a nawet bibliotekach świeckich. Na palcach dwóch rąk można zliczyć badaczy tajemnic klasztornych książnic w Polsce – jednym z nich jest dr Tomasz Stolarczyk, mediewista z Uniwersytetu Łódzkiego pracujący w uniwersyteckiej bibliotece.
„Dekonstrukcja / Rekonstrukcja”, czyli hasło 18. edycji Międzynarodowego Triennale Tkaniny, organizowanego przez Centralne Muzeum Włókiennictwa w Łodzi, na różnych poziomach odnosi się do współczesności. Poziom, który w odczytaniu hasła narzuca się jako pierwszy, dotyczy rewizji aktualnej rzeczywistości z charakterystycznym dla niej odwracaniem pojęć, przeinaczaniem wartości – ogólną dezinformacją, ale też z przeobrażeniami społeczno-kulturowymi. Dynamiczna sytuacja geopolityczna czy zmiany technologiczne sprawiają, że znany nam od lat, oswojony świat ulega dekonstrukcji. Znajdujemy się w momencie przejściowym, na rozdrożu, i nie wiadomo, w którym kierunku podążymy. Jednak – a może tym bardziej – nie możemy przestawać projektować przyszłości. Rekonstruować.
Zastanawiam się, czy to był niemrawy rok, czy może wypadłem z regionu i w muzycznych poszukiwaniach częściej eksplorowałem inne rejony. A przecież zadebiutowali nostalgicznie electropunkowy coverband Rózga oraz Mechu (sic!), rockman i – jak się okazało – multiinstrumentalista. Kisu Min na trzecim albumie osiągnęło stan optymalny. Wróciła Oreada. Regionalny hip-hop wrzucił piąty bieg, aż musiałem go zgłębić jak nigdy wcześniej. Pełny materiał pieśni wydali też Szumacher i Cieślak, natomiast Ich Troje zarejestrowało nie tylko koncert z Pol’and’Rocka, ale też premierową płytę.
15 stycznia minęła pierwsza rocznica śmierci Davida Lyncha, który prawie przez dekadę był związany z Łodzią. To dobra okazja, żeby przypomnieć jego plany dotyczące dawnej „stolicy filmu”. Medialne doniesienia o budowie studia Lyncha budziły nadzieje na reaktywację filmowego dziedzictwa miasta, większe niż rozczarowania, dezorientacja i oburzenie politycznymi aferami. Dziś w Łodzi po Lynchu nie ma śladu.
Martwimy się o naszą młodzież. Do rozpoznanych zagrożeń w ostatnich latach doszły kolejne. Uzależnienie od obecności w sieci, od stałej łączności z mediami społecznościowymi rodzi poczucie osamotnienia i sprzyja stanom depresyjnym. Te zjawiska może łagodzić teatr jako pozytywna aktywność w realnym świecie. Jak jednak sprowadzić nastolatków na łono sztuki scenicznej, by byli widzami i współtwórcami? Odpowiedź wydaje się prosta: odpowiednim repertuarem i obietnicą włączenia w rzeczywistą wspólnotę (w odróżnieniu od tej wirtualnej, która nie rodzi bliskości). Trzeba rozmawiać z młodzieżą o teatrze, wprowadzać ją w konteksty, uczyć świadomego odbioru, ale jednocześnie trzeba jej słuchać, rozpoznając potrzeby i oczekiwania.
„Dom dobry” to najchętniej oglądany polski film w kinach w 2025 roku. Wojciech Smarzowski od lat z różnych perspektyw przygląda się kondycji polskiego społeczeństwa, obnażając jego najczarniejsze strony. Tym razem opowiada historię Gośki, która szukając miłości, staje się ofiarą przemocy, na którą nikt nie potrafi właściwie i na czas zareagować. Rozmawiamy z odtwórcami głównych ról: Agatą Turkot i Tomaszem Schuchardtem. – Pochodzę z miejscowości, gdzie w wielu domach, u sąsiadów, była przemoc, więc byłem też obserwatorem. Podczas przygotowań do filmu nie spotykałem się z oprawcami – po pierwsze wątpię, żeby któryś chciał ze mną porozmawiać, a po drugie w ogóle mnie nie interesuje ten typ człowieka. Jestem aktorem, mogę to zagrać – mówi Tomasz Schuchardt.

